Amerykanki kwestionują kulturowy szowinizm Victoria’s Secret. W sieci trwa zbieranie podpisów pod petycją  (apel na stronie change.org) krytykującą niedostępność dużych („z plusem”) rozmiarów bielizny, a ostre teksty ganiące firmę za tę postawę zamieściły czołowe amerykańskie dzienniki i serwisy internetowe.

Jak dość powszechnie wiadomo sieć sprzedaje swoje produkty wyłącznie w rozmiarach, które odpowiadają kulturowej „normie” piękna propagowanej przez tzw. „Aniołki”.

I chociaż w Victoria’s Secret z pewnością zauważono głosy protestu, to raczej nie przewidziano, iż świadomość społeczna w tej sprawie zmieni się na tyle szybko, że zbuntuje same „Aniołki”. Pochodząca z Polski Jac Jagaciak na jednym z eventów zaskoczyła dziennikarzy stwierdzeniem, że firma powinna otworzyć się na kobiety różne od lansowanej koncepcji piękna:  „Myślę, że cały świat jest obecnie bardziej otwarty na modelki w rozmiarze „plus” i jestem pewna, że w którymś momencie Victoria’s Secret będzie na to gotowa„.

Wobec optymizmu Jagaciak należy jednak podejść z rezerwą. Konwencjonalne modele brandingowe stosowane w niemal każdej współczesnej biurokracji marketingowej stawiają na promowanie „unikalnej i silnej” tożsamości w „długim okresie czasu”. Raz znaleziony przepis eksplatowany jest do granic możliwości, co najczęściej oznacza kryzys marki. Spodziewać się więc można raczej oporu wobec zachodzących zmian społecznych, zwłaszcza że podważają one „DNA” marki, budowane konsekwentnie na szowinizmie i seksizmie. Zbliżony stosunek do nowych definicji rzeczywistości konsumentów o mały włos nie pogrążył marki Abercrombie&Fitch. Do zmiany strategii i rewizji kontrowersyjnych zasad zatrudniania „pięknych” sprzedawców przekonało menadżerów dopiero widmo bankructwa.