Po długim okresie nużenia klientów „chwilą orzeźwienia” („pause of refreshment”), symboliczna wartość Coca-Coli uległa pod koniec lat 60. wyczerpaniu. W międzyczasie, czyli od II wojny światowej do rewolucji hipisowskiej, zmieniło się na świecie zbyt wiele, by nie miało to wpływu na wartość marki, której siła była związana z amerykańskim mesjanizmem i udramatyzowana w masowej wyobraźni przez żołnierzy eksportujących, poza wolnością i demokracją, również butelki ze znakiem Coca-Coli.
W roku 1971 Coca- Cola wypuściła jednak na rynek reklamę o nazwie „Hilltop”, która była reinterpretacją powojennego idealizmu w dobie prezydentury Nixona, wojennej awantury w Wietnamie i starć ze studentami na uniwersyteckich kampusach. Naiwność „Hilltopa” może współcześnie razić, ale w momencie powstania była znakomitym remedium na doświadczane w zachodnim świecie problemy. Reklama wywindowała sprzedaż na poziom nowych rekordów a piosenkę ze spotu na szczyty list przebojów. Łyk Coca-Coli na nowo stanowił symboliczny akt łagodzący podziały polityczne i społeczne.
Dzisiaj wiemy jednak, że Coca-Cola myślała o tej reklamie zupełnie inaczej. Chciała by niosła ze sobą przesłanie abstrakcyjnie rozumianego „szczęścia” i „optymizmu”. Tak jak uczy się w każdym podręczniku marketingu. Stratedzy nie mieli w głowie żadnej konkretnej ideologii, napięć społecznych, wydarzeń z historii najnowszej, itd. Gdy Douglas Holt opisał przypadek „Hilltopa” w swojej książce, menadżerowie Coca-Coli zadzwonili do niego i powiedzieli: „Wow, jesteśmy naprawdę zaskoczeni. Nigdy o tym tak nie myśleliśmy”. Tę anegdotyczną sytuację opowiedział kilka miesięcy temu współautor drugiej książki Holta, Doug Cameron.
Nawiasem mówiąc, znaczenie tego spotu w historii reklamy jest na tyle duże, że został użyty jako puenta (chociaż przewrotna) w finale serialu „MadMen”, opowiadającym historię marketingu z nowojorskiej Madison Avenue w latach 50.
Dodaj komentarz